Cronin odrzucił większość alternatywnych identyfikacji odcisków. Stopy ludzi i lemurów zostawiają znacznie węższe ślady, łapy panter śnieżnych i wilków - okrągłe. Noga orła wyposażona jest w cztery promieniście ułożone palce, a palce niedźwiedzia są równowymiarowe, ułożone symetrycznie. Znalezione przez Cronina odciski sugerują, że osobnik, który je pozostawił, porusza się na dwóch nogach w postawie wyprostowanej. Prawy ślad następuje po lewym w nieprzerwanym ciągu-Rozpowszechniła się opinia, że yeti - wraz z Sasquatchem z amerykańskiego wybrzeża Pacyfiku i istotą z Andów, zwaną Mono Grandę - to pozostałe przy życiu relikty z gatunku dużych antropoloidów, które kiedyś przemierzały Ziemię. Mógł to być gigantopitek, duży naczelny, którego szczątki, datowane od 9 milionów do 500 tysięcy lat temu, znaleziono w południowych Chinach i w Himalajach. Istnieje prawdopodobieństwo, że gigantopi-tek został wyparty przez współczesnego człowieka do odległych dolin w Himalajach, gdzie żyje wiele gatunków, wymarłych na innych terenach. Niektórzy badacze odrzucają relacje Szerpów jako mitologię, w której yeti spełnia rolę straszaka na niegrzeczne dzieci bądź kozła ofiarnego, na którego ludzie mogą przenosić swe dzikie instynkty. Inni są zdania, że widziane z daleka stada niedźwiedzi bądź małp langurów mogły wydawać się stadem małpoludów, a rzekome ślady yeti to w rzeczywistości odciski łap niedźwiedzia. Jednak ta protekcjonalna postawa wobec wiedzy Szerpów nie znajduje uzasadnienia. Ludy prymitywne, nie tworzące bazy naukowej, skłonne są, być może, do bardziej pośpiesznego tłumaczenia niezwykłych zjawisk, ale można chyba polegać na ich bystrym wzroku i znajomości lokalnych zwierząt,'takich jak niedźwiedzie i małpy. Bujne lasy w dolinach Himalajów obfitują w różnorodne jadalne rośliny, które mogą wyżywić znaczącą populację dużych zwierząt. Pokrywają one stoki, czyli tereny pochyłe, dlatego zajmują znacznie większą powierzchnię, niż się zazwyczaj przypuszcza. Są prawie niedostępne, co utrudnia penetrację zagranicznym biologom, a także tubylcom. A w gęstej roślinności jakże łatwo ukryje się nawet dużych rozmiarów zwierzę. Według Cronina yeti nie jest "Człowiekiem Śniegu", lecz bujnych dolin śródgórskich, a pojawia się na-pokrytych śniegiem przełęczach tylko wtedy, gdy wędruje z jednej doliny do drugiej. Istnieje tak wiele relacji z Himalajów, przekazanych zarówno przez tubylców, jak i cudzoziemców, na temat yeti, iż można wysnuć wniosek, że jest to postać rzeczywista. Zanim jednak nie zostanie on pochwycony lub dokładnie sfotografowany, niczego nie należy być pewnym. .

. Wyższe stawki za pracę i podnosił ich standard życia do. Dokąd miał iść, kogo prosić o pomoc. Wszystko się zawaliło w jednej sekundzie. Zapłacił taksówkarzowi i nie czekając na resztę, wysiadł. Od rana świeciło słońce. Błękitne niebo, obsiane kilkoma kłębiastymi chmurami, zapowiadało kolejny letni dzień. Przeklęte lato. Taksówka zawróciła na bocznej alejce i odjechała. Stał przed murem willi Czarnego. Nie miał sił ruszyć się z miejsca. Za odjeżdżającą taksówką poderwały się z ziemi kłęby kurzu. Nie starał się nawet przed nimi osłaniać. W głębi lasu śpiewały ptaki. Zachwiał się i aby nie upaść dał krok przed siebie. Niepewnie stawiał kroki kierując się w stronę bramy. Z daleka zauważył, że była niedomknięta. "Pewnie któryś z ochroniarzy właśnie przyjechał i jeszcze nie zdążył jej zamknąć" -pomyślał. Szedł dalej, a kończący się mur odsłaniał widok na podjazd i resztę ogrodu. Ku jego zdziwieniu szare BMW stało na podjeździe. Drzwi do samochodu były otwarte, a obok stała walizka. Wszedł przez otwartą kratę. Podszedł do samochodu. Kluczyki były w stacyjce. Rozejrzał się po okolicy, ale nikogo więcej nie było. Ruszył do głównych drzwi. Wszedł do domu. W ogrodzie panowała cisza. W sztucznym stawie rzuciła się ryba. Fale rozbiegły się po wodzie. Nienagannie utrzymany trawnik biegł od stawu aż po dom. Przy rogu budynku, na ziemi leżał wąż ogrodowy. Lała się z niego woda. Musiała już długo płynąć, bo dookoła utworzyła się duża kałuża. Tuż koło narożnika budynku leżała para butów. Były to wojskowe, niemieckie trapery. Nie widać było jednak, jak są wysokie, bo ich cholewki zasłaniał narożnik domu. Z wnętrza willi przez otwarte okno dobiegło głośne uderzenie. Robert siedział przy długim stole. W jadalni panował półmrok. Stół zastawiony był dla dwóch osób do kolacji, ale siedziała przy nim tylko jedna osoba - Czarny. Robert siedział obok niego przy stole. Nie patrzył jednak mu w twarz. Jeszcze raz uderzył głową w stół. - To nie moja wina, to nie moja wina - powtarzał. Ramiona mu drgały, łapał oddech. - Nie mogłem nic zrobić. Nic. Ramiona Czarnego nie drgnęły. Robert uniósł głowę. Otarł policzki. Wstał i podszedł do siedzącego. Czarny nie poruszał się, bo nie mógł. W jego czole widniał mały otwór o średnicy ośmiu milimetrów, taki jaki pozostaje zwykle po kuli wystrzelonej z pistoletu o podobnym kalibrze. Robert zdjął mu okulary i domknął powieki. Dopiero za trzecim razem, gdy wykręcił numer do Cleo, uzyskał połączenie. Prawie nic nie słyszał. Musiał sobie zatykać prawe ucho ręką, bo na zewnątrz budki z której dzwonił, wyła syrena pogotowia ratunkowego. Tłum ludzi zgromadził się na nabrzeżu i obserwował jakiś wypadek. Budka telefoniczna stała nad kanałem. Przez szybkę widział jak policyjna motorówka podpływa z płetwonurkami pod brzeg. - Halo, halo. To ja - krzyczał do słuchawki. Miał szczęście Cleo była w domu. Nie wyczuwał jednak w jej głosie zadowolenia, że słyszy jego głos. - To ja. Robert.. Wykonane, gdy opcja ta zostanie wybrana.. Bez poruszenia. Niechaj stara się śledzić uważnie jak dusza,. Więcej medytował nad Prawdą, medytacja i przedmiot medytacji.